...wchodzisz na blog na własne ryzyko... blog zawiera moje punkty widzenia...

Strona korzysta z plików cookies. Czytaj więcej Akceptuje

Czas przedświąteczny – czyli jak znienawidzić święta

Bez kategorii

22 grudnia, wtorek, dwa dni przed wigilią, dziewięć dni przed sylwestrem, południe

 

Piję kawę i stoję w kuchennym oknie obserwując ludzi, którzy biegną w każdą stronę, obwieszeni torbami, że zastanawiam się, czy to wynik eksmisji (z racji ilości rzeczy, które targają), czy może dzwonić na policję (bo tak biegną z tymi torbami jakby kogoś okradli). Rozumiem, że wigilia dla kilku, a często kilkunastu osób to nie jest lekka sprawa i że nie zawsze można zrobić sprawunki zawczasu, bo każdy pracuje i musi prowadzić dom. Ale…

No właśnie ale. Jak można mówić, że lubi się okres przedświąteczny, skoro co drugi z jęzorem na wierzchu biegnie, a krzyki w domu to chyba zamiast kolęd ludzie uskuteczniają. Prezenty, sprzątanie, koniecznie umycie okien i ten pieprzony karp, który musi być taki, taki i taki. Nie ważne, że nigdy nie znajdziemy takiego jakiego chcemy. Nie możemy po prostu kupić ryby takiej jakiej jest, albo chociaż mniej więcej jaką chcemy? Nie możemy kupić prezentów już o wiele wcześniej lub chociaż zastanowić się dobrze nad tym co chcemy sprawić drugiej osobie i gdy przyjdzie już czas zakupów zwyczajnie wejść do sklepu? Nie! Wtedy nie poczujemy klimatu przedświątecznego.

Całości obrazu dopełnia oczywiście praca. Zamknięcia miesiąca, roku, podsumowania, raporty, inwentaryzacje, załatwianie wszystkiego na zaś, bo szefa nie będzie do połowy stycznia. Jeśli czyta to ktoś mający więcej niż trzydzieści lat to niech wypowie się, bo z tego co się orientuje to kiedyś właśnie w tym, przedświątecznym czasie w pracy było luźniej, bo trzeba przygotować święta. No chyba, że tylko ja tak pamiętam za dzieciaka taki obrazek u rodziców.

Nie ma co ukrywać. Drogie Panie – pełen szacunek i chapeau bas za wasz wysiłek i to, że ogarniacie pracę, życie co dzienne i jeszcze potraficie przygotować święta. Jeśli wasz facet wam w tym wszystkim porządnie pomaga, to na prawdę jesteście szczęściarami i w dodatku w nielicznymi. Większość facetów leży brzuchem do góry lub ewentualnie zawiezie swoją kobietę na zakupy, a połowa z nich i tak zostanie w aucie zostawiając biedaczkę z listą, na której jest pięćdziesiąt pozycji, by pchała sama wózek, a gdy już się dowlecze robiąc spacer farmera, to jeszcze gość potrafi ją opieprzyć, że tyle czasu jej nie było. Weź gamoniu jeden z drugim taka listę i spróbuj w dwadzieścia minut obrócić w obie strony o godzinie osiemnastej, dwa dni przed świętami. Wiem, że powinienem stać murem za facetami, bo oni w wielu przypadkach są jedynymi żywicielami rodziny, pracują ciężej, na zmiany itp. Ale to już jest co raz bardziej zatarta granica. Nasze współtowarzyszki życia również pracują ciężko, na zmiany i niejednokrotnie fizycznie, a do tego na ich barkach jest stanie przy garach przez trzy dni, po to, żeby te święta jakoś wyglądały. Gdyby to faceci byli odpowiedzialni za święta to na wielu stołach były by trzy dania i każde z nich było by kupne, bo na cholerę lepić pierogi skoro za pięć złotych można kupić w żabce. Ale na szczęście większość z nas zje takie pierogi jak lubi, bo przyprawione i zrobione przez rączki naszej luby lub mamy, czy teściowej.

W całym tym szaleństwie przedświątecznym jest jedno pytanie, na które nigdy nie dostałem satysfakcjonującej odpowiedzi. „Po co to wszystko? Po co aż tyle i w takich nerwach?”. Zawsze jest za dużo, zawsze jest nerwowo, a przez to w cale nie jest szybciej. Jest zwyczajnie gorzej, bo czujesz się jakbyś startował w wieloboju. Nakrywanie stołu na czas, synchroniczne mycie naczyń i wyciskanie kapusty. Dyscyplin można wymieniać wiele i te mistrzostwa kończą się gdzieś piętnaście minut przed wigilią. Gdy tak w biegu siada rodzina do stołu wigilijnego to łatwo wyczytać co i kto ma w głowie zamiast cieszyć się chwilą, gdy można wspólnie spędzić czas. Facet cieszy się na pierogi, kobieta już w myślach zmywa naczynia i modli się, by dzieci chociaż poznosiły ze stołu, dzieciaki mają wszystko w dupie, bo liczą się prezenty, a jeśli mają kilkanaście lat to pod stołem ogarniają w „eskach” u kogo pasterka, bo trzeba zrobić dwugodzinny melanż.

 

Tak już na koniec. Jeśli znaleźliście czas na przeczytanie tego przed świętami to cieszę się i mam nadzieję, że potraficie nawet w takim zwariowanym czasie znaleźć chwilę na relaks. Drogie Panie – pamiętajcie, że jak będziecie zajechane jak koń pociągowy na wigilię to tylko stół będzie się prezentować, a nie Wy. A wam też należą się święta. Panowie – Ruszcie tyłki i pomóżcie w tym swoim lepszym połówkom. Uwierzcie, że wam to się opłaci i zawsze to milej poleżeć z ukochana niż udawać, że nie widzi się jak ona zapieprza w kuchni i nie tylko. Dzieciaki – Jak nie możecie pomagać w kuchni to chociaż nie przeszkadzajcie i ogarnijcie chociaż swój pokój.

Wrzućcie na luz – to tylko święta.

 

 

A czy Ty już lubisz "2 sides of Loco"?

zamknij okno