...wchodzisz na blog na własne ryzyko... blog zawiera moje punkty widzenia...

Strona korzysta z plików cookies. Czytaj więcej Akceptuje

Dlaczego niszczymy sami siebie?

Lifestory

Człowiek jest zaskakującą istotą. Najwyższa forma ewolucji, naczelny, który powstał z woli Boga, albo jak podpowiada logika – od małpy. Umiemy, pisać, czytać, tworzyć zaawansowane technologie i korzystać z nich. Byliśmy na Księżycu, w Kosmosie, a nawet w dupie.

Można by pomyśleć, że lepiej być nie może jeśli chodzi o gatunek i jego rozwój. Jest jednak jedna cecha, która jakimś dziwnym sposobem powstała i w przeciwieństwie do małpy od której pochodzimy posiadamy coś co na potrzebę tego tekstu nazwijmy „genem autodestrukcji”.

Moje punkty widzenia

Właśnie ten gen sprawia, że teoria, że stworzył nas Bóg, który jak wiemy z religii i kościoła jest pewnego rodzaju sadystą, bo lata wiary kazał nam siebie zabijać, poświęcać i niszczyć. Można uznać, że człowiek przyzwyczaił się do niszczenia samego siebie w imię niczego. Przykład chemika z PWr, który wysadził bombę we Wrocławiu. Nie zagrażał mu głód, bezdomność lub śmierć, a mimo to pizgnął bombą w środku miasta. Staram się postrzegać tą sprawę tak, jakby był on zwierzęciem. Czy jakiś gatunek poza ludzkim atakuje neutralnie lub nawet przyjaźnie nastawionych przedstawicieli swojego gatunku? Nie wydaje mi się, bo dopóki nie chodzi o głód, terytorium, potomstwo lub kopulowanie to takie sytuacje nie mają miejsca np. u antylop, lwów, czy pingwinów.

Daleko człowiekowi do zwierząt. Nie ważny przeciwstawny kciuk, gdy sami niszczymy to co tworzymy. Niszczymy związki, niszczymy cudze i swoje kariery, zaprzepaszczamy przyjaźnie i porzucamy rodziny. Niszczymy wszystko, niszczymy życie. Autodestrukcja, na którą się skazujemy siedzi gdzieś w nas i nie potrafimy jej powstrzymać. Gdy przyjrzycie się dowolnej osobie z waszego otoczenia to prędzej, czy później dostrzeżecie w jaki sposób niszczy swoje życie. Alienacja, alkohol, niewierność, brak asertywności, lenistwo. Można tak wymieniać bez końca i nawet patrząc na kochających rodziców to dojdzie się do wniosku, że mimo pozornego szczęścia matka nie potrafi wygłosić swojego zdania i ślepo przytakuje ojcu, a ten z kolei wykorzystując swoją dominującą pozycję niszczy swoje życie opierając swoje życie na cichym domowym terrorze.

Gen autodestrukcji obserwujemy w ludzi, których podziwiamy i lubimy. Nawet więcej to właśnie ten gen nam imponuje najbardziej, mimo że czasami tego nie dostrzegamy. Doskonałym przykładem serialowym będzie Hank Moody z Californication. Genialny pisarz, ojciec, mąż i nie mąż. Do tego atrakcyjny, laski pchają mu się do wyra, alkoholu mu nie brakuje i żyje w ciepłym luksusowym mieście. A mimo to niszczy sam siebie właśnie tym wszystkim co opisałem w poprzednim zdaniu. Podobnie jak on, sami niszczymy swoje życia przyjemnościami. Zatracamy się w drobnostkach i nie umiemy zobaczyć problemu szerzej. Niech będą na przykład gry, które sam uwielbiam i wiele godzin w swoim życiu spędziłem na graniu. Ale do rzeczy. Lubisz grać, grasz wtedy, gdy masz wolny czas i często robisz to ze znajomymi z sieci. Teoretycznie robisz to co Ci się podoba i wcale się jakoś nie alienujesz, bo przecież nie jedną noc zarwałeś z nimi na słuchawkach gadając nawet o prywatnych sprawach. Gdy jednak spojrzysz szerzej, to okazuje się, że w czasie, gdy większość rówieśników chociaż odrobinę korzysta z życia – wchodzi w związki, zalicza imprezy, uprawia sport. Robi coś ze swoim życiem w skrócie, a Ty siedzisz w niewywietrzonym, zaciemnionym pokoju. A mówi się, że wszystko jest dla ludzi. Wszystkim też się zatracimy.

zobacz drugi punkt widzenia

Moje punkty widzenia

A co jeśli niszczymy sami siebie, bo autodestrukcja mniej boli? Po co wystawiać się na strzał od wroga, przyjaciela lub nieznajomego skoro sami też możemy. To tak w uproszczeniu wygląda, bo z początku robimy coś pozornie przyjemnego jak godzinka przy konsoli, miła rozmowa z dziewczyną kumpla, piwko na koniec ciężkiego dnia, itp. Do przyjemnych rzeczy się przyzwyczajamy w mgnieniu oka i godzinka przy grze zmienia się w zarwane nocki i niedopełnione przez to obowiązki. Piwko na koniec raz na kilka dni przerodzi się do czteropaka dziennie i tak dalej. Robimy to bo tak lepiej. Lepiej być alkoholikiem, niż takiego mieć w domu. Wolimy samemu zdradzić niż zostać zdradzonym. To mniej boli, problem jest mniejszy i reszta na pewno to zrozumie. Niestety to tak nie wygląda, ale ma to swój plus (o ile alkoholizm lub zdrada mogą mieć plusy). Nie zostaliśmy zranieni. Owszem – strzeliliśmy sobie w kolano, ale kula z przestrzelonego na wylot kolana zatrzymuje się w czaszce kogoś bliskiego.

Żyjemy w świadomości, że każdego z nas czeka piach. Jedni wierzą, że po piachu jest niebo, inni łąka, a kolejni pewnie liczą, że wrócą na ziemię w innej formie. Jednak tak na prawdę liczy się to, że kiedyś uśniemy na zawsze w tym życiu, a skoro to się i tak skończy to lepiej zrobić to na swoich zasadach i bezboleśnie. Jak pisałem wcześniej przecież najmniej boli, gdy sami siebie kaleczymy. Spróbujcie się uszczypnąć i dać uszczypnąć komuś. Sami sobie rozerwiecie skórę i jakoś nie będzie boleć. Tak mamy z życiem. Skoro się skończy to niszcząc sami siebie poczujemy, że żyjemy. Tak tłumaczy sobie to wiele osób. Puszczanie się w klubach, ćpanie, picie do nieprzytomności, bójki i nielegalne interesy – To wszystko sprawia, że żyjemy, a przynajmniej tak nam się wydaje.

Niszczenie życia jest trendy. Tak było zawsze i tak będzie zawsze. Kiedyś w imię honoru i króla robiło się najgorsze rzeczy, byleby zostać kimś ważnym, bogatym i poważanym. Kraj spływał potokiem bękartów i upodlonych kobiet, które płaciły życiem za myślenie lub za zostanie zgwałconą. Dalej było podobnie. Niewolnictwo, wojny i najgorsze rzeczy jakie można sobie wyobrazić. Wtedy czuło się, że się żyje. Bijąc murzyna, żyda i indianina. Bo rzekomo gorszy, ale sami wymierzali karę oblizując krew z rąk jak zwierze. Tak i inaczej przez lata niszczyliśmy samych siebie i siebie nawzajem. Liczyło się kto wymierzał cios i byle byśmy to byli my, bo dostać nóż w serce boli, a tak po drugiej stronie noża jakoś bólu nie czuć.

Skoro ktoś lub coś może zakończyć nasz żywot to dlaczego samemu tego nie zrobić? Powoli i bezboleśnie, byśmy powiedzieli na łożu śmierci: „Przynajmniej się nie nudziłem”. Pytanie czy w głębi ducha stwierdzimy, że sami zapędziliśmy się do tego łoża. Będziemy mieć odwagę po pozornie ciekawym życiu stwierdzić, że w imię czegoś przyjemnego poświęciliśmy więcej niż to warte? Czy podróżnik powie, że żałuje, bo mógłby spędzić więcej czasu z bliskimi? Czy pracoholik stwierdzi, że tak czy siak nie wiele osiągnął w porównaniu do ceny jaką zapłacił za nadgodziny i zabieranie pracy do domu?

zobacz drugi punkt widzenia

Życie jest piękne – chciałoby się rzec. Owszem jest. Oferuje masę możliwości przeżycia go. Od bezdomnego do milionera. Jednak pomijając wszystko co mają to stając obok siebie nago będą takimi samymi ludźmi, którzy będą niszczyć siebie samych i siebie nawzajem. Ważne by nie być tym zniszczonym.

A czy Ty już lubisz "2 sides of Loco"?

zamknij okno