...wchodzisz na blog na własne ryzyko... blog zawiera moje punkty widzenia...

Strona korzysta z plików cookies. Czytaj więcej Akceptuje

Holy Potatoes! We’re in Space?!

Media

Jestem geekiem, a to się wiąże z uwielbieniem dla wszelkiego rodzaju gier. Jak każdy maniakalny gracz wiem, że duży tytuł, wielka promocja i zapowiedzi nie gwarantują dobrej gry, a z kolei drobniejsze gry niejednokrotnie stają się prawdziwymi hitami. To nauczyło mnie, że warto próbować różnych gier i gierek.

Partnerem tego wpisu jest Techland Wydawnictwo, dzięki którego życzliwości i miłej współpracy mam przyjemność napisać między innymi ten tekst. Dostać grę do recenzji trzy tygodnie przed premierą? Dla gracza to nie lada gratka i na początek mam przyjemność opisać pierwsze wrażenia z gry Holy Potatoes! We’re in Space?! Przyznaję, że już sam tytuł gry jest nietuzinkowy, a czytając wstępny opis gry moje zaciekawienie rosło. Połączenie strategii, potyczek turowych, elementów craftingu i ciekawego humoru powinno wystarczyć? Absolutnie nie w tym przypadku. Dodać trzeba kreskówkową grafikę, by dostać produkt, który może budzić różne emocje. Przyznaję, że kilka lat temu, kiedy grało się tylko w hity i udawało się, że są super ominąłbym ten tytuł. Ale teraz skusiłem się i z ciekawością odpaliłem grę.

Pierwsze co po odpaleniu gry dostaje gracz to schludne menu, które tak jak wszystkie napisy w grze jest po polsku. W grze wcielamy się w się w dwie szalone siostry, które chcą odnaleźć swojego zaginionego dziadka. Jak to zrobić? Eksplorując galaktyki, zbierając zasoby i pokonując przeciwników.

Gra z racji charakteru grafiki wydaje się banalna, a w rzeczywistości wymaga ruszenia sporej ilości zwojów mózgowych, co mnie mocno zaskoczyło w momencie pierwszej potyczki. Nasza załoga ma swoje predyspozycje, broń, którą wybierzemy będzie lepsza na jedno, gorsza na drugie, a nie zapominajmy, że obsługiwać powinien ją odpowiedni człowiek (a raczej warzywo – bo w skład mojej załogi wchodzi między innymi Cukinia). Tutaj póki co w tym wszystkim widzę minimalny minus, bo statystyki itp. mogłyby być bardziej czytelne. Po chwili jednak zaczynamy ogarniać co się z czym je i gra się toczy do przodu. Całość rozwoju naszego statku przypomina mi Fallout Shelter. Naprawiamy, craftujemy, przypisujemy ludzi. To wszystko w bardzo przyjemny dla oka sposób.

Na naszej drodze stanie wielu rzezimieszków, których będziemy musieli rozwalić na kawałki i nie jest to takie łatwe, a wręcz zaskakująco złożone i strategiczne. Czasami musimy stawiać na obronę swojego statku, a czasami rozwalić w określony sposób wroga mierząc najpierw w konkretne uzbrojenia. Mnie osobiście turówki troszkę irytują czasami, bo wybijają mnie z dynamiki gry. Tutaj jeszcze tego nie miałem (na razie).

Oprócz eksploracji, potyczek i dawki przyjemnego i lekkiego humoru czekają nas różne zadania mniej lub bardziej rozwinięte. Ja na przykład pomogłem cebulowej staruszce i dzięki temu dostałem skrobia, a raczej $krobia, które są swoistą walutą w grze.

Co sądzę o grze po pierwszych godzinach grania? Jest to bardzo przyjemna i wesoła opcja na obecne szare, zimne i smogowe wieczory. Gra wyjdzie dopiero 28 lutego i pojawi się w sklepach w całkiem przyjemnej cenie, co tym bardziej powinno zachęcić Was do zagrania. I nie dajcie się zwieźć wyglądowi, ani waszej kobiecie (lub facetowi), która spyta: „W co Ty za dziecinna grę grasz?”. Gra jest całkiem wymagająca i przyjemna do gry.

W czasie, gdy czytacie te słowa ja zapewne gram w Holy Potatoes i szukam dziadka 🙂 Poniżej możecie zobaczyć kilka screenów. Oprócz nich na pewno znajdziecie coś na moim Facebooku, Instagramie lub Twitterze.

 

Ten tekst z racji tytułu dedykuje swojemu kumplowi – Łukaszowi, ponieważ ma dźwięcznie brzmiącą ksywę „Ziemniak” 🙂

A czy Ty już lubisz "2 sides of Loco"?

zamknij okno