...wchodzisz na blog na własne ryzyko... blog zawiera moje punkty widzenia...

Strona korzysta z plików cookies. Czytaj więcej Akceptuje

Ja kłótnia Ty

Lifestory

Jestem w związku, moi znajomi są w związkach. To już ten wiek, że są u części dzieci, u części obrączki, a u kilku nawet rozwody. Bez znaczenia na staż związku jedna jest niezmienna. Mowa tutaj o sprzeczkach, kłótniach, kryzysach, dramatach. Nazywać możemy to na wiele sposobów i jakkolwiek tego nie nazwiemy takie chwilę pojawią się. U części pojawiają się już na początku, u innych gdy zniknie pierwszy zachwyt osobą, seksem i przebywaniem razem lub po zamieszkaniu razem, czy też ślubie. Powody? Milion i to w 98% przypadków kłótnia o nic. Nieumyta patelnia, chrapanie, wypicie piwa więcej, wizyta teściów i podniesiona deska.

Do takich sytuacji można podejść tylko na dwa sposoby. Na spokojnie lub na ostro. Nie da się „pomiędzy”, bo albo maż nerwy ponad kłótnią, albo kłótnię ponad nerwami. Ale nie o tym chciałem dzisiaj napisać. Chodzi raczej o sens kłótni i słów, które mówimy podczas ich

Moje punkty widzenia

Osobiście uważam się za osobę mocno opanowaną i nieskorą do kłótni. Uważam, że kłótnia o pierdoły jest kiepską rozrywką. Gdy mam się sprzeczać o wyniesienie śmieci mając kontener dziesięć metrów od drzwi to zwyczajnie mi się nie chce strzępić języka. Możecie sobie to nazywać nawet brakiem jaj tylko niech każdy samiec alfa sobie przypomni ile razy kłótnia o pierdołę przerodziła się w taki dramat, że ciche dni trwały prawie tydzień i kończyły się kwiatami, przeprosinami itp. Kupiłeś kobiecie kwiaty, bo nie chciałeś wynieść śmieci, a i tak pewnie je wyniosłeś, żeby nie słuchać jazgotu.

Tutaj też apel ode mnie jako faceta do Was piękne kobiety. Czy na prawdę czasami nie można przemilczeć, albo na spokojnie zwrócić uwagi? Tak, żebyśmy nie czuli się jak na przesłuchaniu, lub jak pies, który pogryzł kapcie. Wiem, że to nie jest reguła, ale założę się, że dziesiątki razy facet nie zwróci wam uwagi widząc milion ciuchów, kosmetyków, spinek, wsuwek i wacików w najbardziej absurdalnych miejscach. Żadne z nas nie jest idealne, a sprzeczanie się o pierdoły zrozumieć potrafię jedynie w sytuacji, gdy ktoś miał zwyczajnie zły dzień i wybuchł, a najłatwiej wystrzelić na kogoś kto jest pod ręka. Tak się zdarza każdemu. W innym przypadku po cholerę drzeć koty o patelnie?

zobacz drugi punkt widzenia

Moje punkty widzenia

Kłótnia mimo wszystko jest potrzebna. Nie da się ich ominąć, wyeliminować, a nawet zamieść pod dywan. Wejście w związek oznacza, że od tej pory mamy prawo wkurwiać tą drugą osobę na co dzień.Trzeba to zaakceptować i nie brać wszystkiego do siebie. Każda sprzeczka, po której się pogodzimy trochę nas zbliża i pokazuje, że mimo irytacji jaką wywołuje u nas partner to ważniejsze jest jakie uczucie pozytywne w nas wyzwala i że to uczucie „wygrywa”.

Cały „sens” kłótni jest o to, by się skupić się na kłótni, a nie osobie konfrontującą się z nami. Skoro powodem spięcia jest brudna skarpetka to po co zahaczać o teściową, chrapanie i kolegę z pracy? W momencie, gdy sprawa wymyka się spod kontroli wyskakujemy głownie z „the greatest hits”. To najdurniejsza rzecz, ale jedna z najczęstszych atrakcji wielu wojen na słowa.

Niemniej. Gdyby nie takie sytuacje zapewne byśmy wybuchli w niewiadomym miejscu i czasie. Mogłoby trafić na męża, szefa, koleżankę lub babę w sklepie. Oni nie muszą wybaczyć, a ta najbliższa osoba? No już jakieś szanse są.

zobacz drugi punkt widzenia

Poza elementem „upuszczenia powietrza” ciężko mi znaleźć jakieś jeszcze plusy z kłótni. Nie ma ich zwyczajnie. Po co się sprzeczać? Chyba tylko, żeby się godzić później.

A czy Ty już lubisz "2 sides of Loco"?

zamknij okno