...wchodzisz na blog na własne ryzyko... blog zawiera moje punkty widzenia...

Strona korzysta z plików cookies. Czytaj więcej Akceptuje

Liczy się jakość, a nie ilość przyjaźni

Lifestory

Często mówi się, że spotykając dawnego znajomego nie ma o czym pogadać, a z osobą widywaną codziennie możemy gadać w nieskończoność. Coś w tym jest, ale nie do końca. Jeśli mówimy o znajomym po prostu, którego znaliśmy kilkanaście lat temu, bo chodził z nami do klasy to oczywiście, że nie mamy o czym gadać, bo co nas obchodzi co się z nim działo przez te lata. Nie nadrobi się lat nie gadania ze sobą w ciągu dziesięciu minut rozmowy pod mięsnym, więc i próbować nie ma po co. Inna sprawa jeśli spotykacie przyjaciela z dawnych lat. Wtedy chcesz poznać to co Cię ominęło.

W sobotę byłem na grillu. Można powiedzieć, że spotkanie po latach. Trzech przyjaciół. Jeden już z żoną, ja z dziewczyną, a trzeci… cóż, z psem ;). Ale nie o to chodzi kto z kim był, bo i tak najbardziej liczyła się nasza trójka. Gdy zaczęliśmy wspominać wszystkie stare dzieje i śmieszne historie, popłakałem się ze śmiechu pierwszy raz od dawna. Co ciekawsze każdego z nich znam ponad dwadzieścia lat (pomimo, że mam wciąż osiemnaście) i od czasów studiów nasze kontakty bywały różne. Mówię o ich natężeniu. Czasami jeden z drugim nie miał okazji rozmawiać nawet kilka miesięcy, a mimo to jakoś względnie byliśmy na bieżąco z wydarzeniami u siebie. Całe piękno polega na tym, że gdy paczka jest dobra to nie ważne czy gadaliśmy wczoraj czy w zeszłym roku. Dalej świetnie się dogadujemy i mamy zaufanie do siebie.

To mnie natchnęło do pewnej refleksji. Ludzie otaczają się znajomymi, kolegami z pracy i w końcu też przyjaciółmi. Z tymi ostatnimi w większości widzimy się na imprezach, w weekendy itp. Mielibyśmy o czym gadać jakbyśmy nie spotykali się z pół roku? Czy po tym czasie dostając telefon późnym wieczorem z prośbą o podwózkę lub pożyczenie stówy mielibyśmy problem? I tutaj wchodzi element jakości, który będzie walczyć z ilością.

Moje punkty widzenia

Jakość przyjaźni jest niedocenianym elementem. Co z tego, że z innymi widzimy się częściej. Co z tego, że nie gadamy ze sobą przez telefon całymi godzinami. Kiedy trzeba zakopać zwłoki o trzeciej nad ranem nie dzwoni się do znajomych od kieliszka. Dzwonisz do tej osoby, która spyta gdzie podjechać i czy masz dla niej łopatę. Nigdy nie nadużywałem słowa przyjaciel/przyjaciółka. Zawsze mogłem ich policzyć na palcach jednej ręki i to wystarczało. Przy nich czułem się (i w wielu przypadkach czuje dalej) swobodnie. Prawdziwym sobą, a nawet największa głupota nie była oceniana przez pryzmat mojej osoby, a jedynie moich czynów. Zawsze bywały jakieś mniejsze lub większe spiny, ale to czynnik ludzki, z którym każda znajomość musi się liczyć. Najważniejsze jest uczucie, że ktoś nie przyjaźni się z Tobą, bo jest mu po drodze. Takie chwasty rzeczywistość szybko wyplewia pierwszymi turbulencjami.

Osobiście mam dwa rodzaje przyjaciół. Tych na miejscu (a przynajmniej w okolicy) oraz tych w Polsce. Tych drugich widzę tylko jeśli oni są w mojej okolicy lub ja w ich. Ewentualnie czasami wybieramy miejsce i zjeżdżamy się z całego kraju, żeby razem pić i śmiać się. Mogę na nich liczyć tak samo jak na tych na miejscu, ale z racji odległości wielu rzeczy nie da się przeskoczyć.

zobacz drugi punkt widzenia

Moje punkty widzenia

Wyścig w ilości przyjaciół obserwuje się doskonale na portalach społecznościowych. Wspólne sweet focie, jeszcze słodsze komentarze i obowiązkowy lajk pod każdym zdjęciem – taki wyznacznik, że to ktoś ważny dla Ciebie. Posiadanie dużej ilości przyjaciół to jak wejście do supermarketu po przecier. Stoisz przed dwudziestopiętrową półką i czytasz: „Najlepszy do sosów”, „Oryginalny włoski”, „Z ekstra dużymi kawałami pomidorów”, „Tak dobry, że japierdole” itp itp., a i tak chwycisz za pudliszki. I tak jest z dużą ilością przyjaciół. Jeden od spraw sercowych, drugi od ciuchów, trzeci od niewygodnych problemów, czwarty do poplotkowania, a gdy po prostu Ci źle to i tak weźmiesz tą najbardziej zaufaną osobę. Czy oznacza to, że pozostałe osoby nie są przyjaciółmi? Mam mieszane uczucia, ale bądźmy szczerzy. Przyjaźń w dobie internetu i pustych związków opartych na kasie lub popularności zostało spłycone do granic możliwości. Co druga nastolatka ma przyjaciółkę na tydzień, bo później powie „yolo” i da dupy jej chłopakowi. Osoby takie chełpią się, że mają grupę przyjaciół i są popularni. Mają paczkę, a zaufania w niej tyle co w paczce zapałek.

zobacz drugi punkt widzenia

Napisałem, że mając wielu przyjaciół jeden jest do tego, drugi do tamtego. Prawdziwy przyjaciel jest jak szwajcarski scyzoryk. Do wszystkiego. Może być jeden, dwóch pięciu. Nie ma wyznacznika generalnie, ale jeśli masz jakiegoś przyjaciela, któremu nie powiesz z jakiegoś powodu o wszystkim (no chyba, że nie chcesz go urazić – chociaż tego nie powinieneś się bać) to to nie jest Twój przyjaciel lub za dużo masz przyjaciół.

Nie namawiam was, byście degradowali w swoich rankingach przyjaciół na kolegów itp. To wasza sprawa i wasze relacje, pytanie tylko jak nazwać przyjaciela, któremu nie ufamy? A jeśli nie ufamy takiemu to trzeba też sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego nie ufamy w pewnych kwestiach? Jeśli problem leży w nas (wstyd czy krępacja danego tematu) to oznacza, że dana osoba jest na właściwym miejscu, a tylko nasze tabu jest w danych tematach dość mocne i najlepszy przyjaciel nawet nie wkradnie się do tej strefy. Pamiętać też należy, że przyjaciela nie zastępuje się innym, „nowszym”. Jeśli kiedyś ktoś wstał, żeby popisać z Tobą o trzeciej w nocy o pierdołach to zastąpienie go kimś świeższym świadczy tylko o Tobie.

A czy Ty już lubisz "2 sides of Loco"?

zamknij okno