...wchodzisz na blog na własne ryzyko... blog zawiera moje punkty widzenia...

Strona korzysta z plików cookies. Czytaj więcej Akceptuje

Prawdziwe smaki sklepików szkolnych

Food & Drink

Pisałem jakiś czas temu na temat obecnej karmy w szkołach. Nie można tego nazwać jedzeniem skoro trzeba pokazać dowód, żeby dostać drożdżówkę, więc pozostaje nazwa karma.

Pamiętam ze swojej młodości smaki, których moje dziecko w szkole nie uraczy, a po szkole z chęcią zaserwuje mu takie smakołyki i wiecie co? Na pewno nie będzie otyłe. Skoro tatuś mógł, to dziecko też.

Dzwonek zwiastujący przerwę był bardziej pistoletem startowym. Każdy biegł czym szybciej. Jedni do sklepiku, inni na bosko, pod sale lub na ławeczki na korytarzu, na których siedzieli tylko ci najbardziej spoko. Tak czy siak każdy miał cel. Nie było jednak dnia, żebym raz lub dwa razy nie ruszył do sklepiku. Od gumy kulki przez słodycze, na chipsach i pieczywie kończąc. Wiele z tych smaków mam w głowie do dziś i z chęcią wybrałbym się po nie jeszcze raz.

Ulubionych przekąsek było kilka, a nawet kilkanaście. Część z nich już praktycznie jest nie do dostania w obecnych czasach. Szyszka, lizak hit, andruty, flipsy, pepsi w puszce, ciastka regionalne i kupowane w sklepie pod szkołą gorące ćwiartki chleba. To tylko wstęp długiej listy, rzeczy które przez moje ręce i usta przewijały się w trakcie przerw szkolnych. Nie wiem które najlepsze, ale cieszy mnie fakt, że część z nich nadal można kupić i wciąż smakują wyśmienicie.

Najbardziej brakuje mi chyba szyszek i lizaków hit. Miały niepowtarzalny smak. Człowiek kleił się cały od tego, ale nikomu to nie przeszkadzało. Szyszka to nic innego jak ryż preparowany sklejony w charakterystyczny kształt przez karmel lub czekoladę. Swoją drogą sam ryż w paczuszkach był też mocno uzależniający i jeśli nie miało się nic do picia to szybko kończyło się to czkawką i nie możnością połknęcia kolejnej garści. Za to lizaki hit (lub też hip) to był dopiero wynalazek. Kostka czegoś w rodzaju zaschniętego karmelu na patyczku który w trakcie jedzenia albo się wyginał, albo rozpuszczał wręcz umożliwiając zjedzenie go. Był z jakiegoś papieru z azbestem czy coś. Smakowało to wybornie. Jedynie było się brudnym jakby niefortunnie upadło się w trawnik twarzą.

Andrutami nikt się nie najadł nigdy, ale każdy udawał, że bierze komunie później panikując jak to cholerstwo się przykleiło do podniebienia. Ja osobiście uwielbiałem wyskoczyć na długiej przerwie do sklepu po drugiej stronie ulicy, który oferował chleb na ćwiartki. Za pięćdziesiąt groszy można było najeść się jeszcze cieplutkiego chleba, który w zależności od chęci jadło się suchy lub z parówka wsadzoną w środek. Do tego obowiązkowo pepsi albo inne picie i za dwa złote na prawdę byliśmy najedzeni, a kto miał więcej kasy danego dnia to skusił się jeszcze na mleczko w tubce. Osobiście trzymałem z tymi co brali czekoladowe. Te z cukrem było dla mnie bez smaku, a raczej tak słodkie ze kubki smakowe mdlały.

Całości dopełniały jedzone w ostatnich ławkach flipsy, które miały tyle smaków, że człowiek się gubił. Truskawka lub czekolada to były opcje, które można było zobaczyć w moim rozpiętym plecaku, który stał między mną a kumplem i niczym ninja schylaliśmy się jedząc je pod ławką lub wykorzystując, że „facetka” pisze coś na tablicy.

 

Takie smaki mają to do siebie, że większości z nich już nie uświadczymy, a jeśli już to to już nie to samo. Czasami mam wrażenie, że z czasem zjadłem po prostu swoje dzieciństwo i zmienił się smak. Na szczęście ani wtedy, ani teraz nie muszę się martwić o wagę i o to, że ktoś mi nie będzie chciał sprzedać pączka.

A czy Ty już lubisz "2 sides of Loco"?

zamknij okno