...wchodzisz na blog na własne ryzyko... blog zawiera moje punkty widzenia...

Strona korzysta z plików cookies. Czytaj więcej Akceptuje

Torment: Tides of Numenera – Recenzja

Media

Ile warte jest jedno życie? Na to pytanie każdy fan gier RPG odpowiadał wielokrotnie wcielając się w żołnierzy, magów, złodziei, półbogów, łowców potworów, a nawet stworzenia, które nawet kształtem nie przypominały rasy ludzkiej. By opowiedzieć na tytułowe pytanie kłamaliśmy, zastraszaliśmy, przekupywaliśmy, czarowaliśmy i nawet zabijaliśmy tych, którzy nam przeszkadzali w zdobyciu upragnionego celu. Te wszystkie osoby wyznaczały cenę naszego życia, które stało wyżej w łańcuchu pokarmowych od nich.

Na pierwsze głosy o najnowszym Tormencie doszły do mnie mniej więcej w połowie zeszłego roku i przyznaję dość sceptycznie na to spoglądałem, gdyż od czasów Baldur’s Gate 2 każdy RPG tego typu miał duże niedociągnięcia, a uwierzcie mi, że chyba grałem w każdy, który był godzien uwagi. Od takich jak np. Wasteland 2, a kończąc na Pillars of Eternity, którym wiele osób się zachwycało. Kiedyś były 3 podobne i jednocześnie inne tytuły. Saga Baldur’sa, Saga Icewind Dale i jednoczęściowy Torment. Co je łączyło? Niesamowity klimat i doskonałe, nieliniowe wykonanie jak na tamte czasy. Co różniło? Icewind Dale stawiał na rozwałkę, Baldur’s na nieliniowość fabuły, a Torment? Cóż, to był tytuł dla zapaleńców i czytelników (bo opisy i dialogi nie miały końca).

Starałem się jednak nie skreślać całkiem nowego tytułu i z każdym newsem, czy trailerem moja kreska znikała i przekonywałem się do tego tytułu. Szale o tym, że MUSZĘ zagrać w tą grę przechyliły dwie rzeczy: Zapowiedź, że w grze można nie bić się ani razu (lub bić co chwilę) oraz obietnica polskiego dubbingu na najwyższym poziomie. Piotr Fronczewski, Aleksandra Szwed, czy Andrzej Blumenfeld. Czego chcieć więcej w słuchawkach? W tym momencie postanowiłem uderzyć do Techlandu i zaproponować im współpracę odnośnie tej gry. Chętnie na to przystali i w momencie, gdy czytacie tą recenzje mam za sobą ponad 13 godzin rozgrywki. Teraz co do niej.

Spodziewając się  najwyższych lotów postanowiłem delektować się grą do granic możliwości i tak jak dowiedziałem się z trailerów – miałem zamiar być jak najbardziej pokojowym, pomocnym i gadać z każdym o wszystkim i wszystkich.

Odpalając grę pierwszy raz witają nas klimatyczne intro i po chwili klikamy „Nowa gra”. Sposób tworzenia postaci jest bardzo ciekawy i innowacyjny. Najlepsze jest to, że nie można poczuć przez większość „tworzenia postaci” tego, że właśnie to robimy, bo grając pierwszą godzinę na dobrą sprawę tworzymy naszą postać. Bez spoilerowania tutaj specjalnego. W skrócie. Jest w tym uniwersum „Pan Wcieleń”. Koleś, który opanowywał przenoszenie swojego życia do coraz to lepszych ciał, a my jesteśmy „Ostatnim Porzuconym” i próbujemy dowiedzieć się czegoś o sobie, a także o złej istocie która nas ściga, która nazywa się „Rozpacz”.

Gra rodem z Baldur’s Gate pozwala nam decydować który towarzysz, jak długo i czy w ogóle będzie nam towarzyszyć. Możemy hasać samemu lub mieć trzech współtowarzyszy (ja zdecydowałem się na największą opcję). Tutaj wielki ukłon z mojej strony dla twórców, którzy zdecydowali się, by duża ekipa nie miała w sobie minusów związanych z doświadczeniem jak u swoich protoplastów, gdzie za zadanie dostawało się pule punktów, które rozdzielane były między członków (im więcej, tym mniej punktów na postać). A zadań, przyznaje, jest ogromna ilość i przy większości trzeba zdrowo ruszyć szarymi komórkami, bo każdy nasz wybór ma pewne konsekwencje w naszych dalszych perypetiach. Oczywiście nasi współtowarzysze mogą się pokłócić (jak u mnie) i musimy stanąć przed wyborem z kim chcemy dalej się bawić.

Gra jest bardzo rozbudowana i otwarta. Misji pobocznych jest tak dużo, że po 13 godzinach gry praktycznie w ogóle nie zająłem się głównym wątkiem i nawet nie opuściłem pierwszego miasta, które składa się raptem chyba z 5 dzielnic. Przełomem dla mnie i w dodatku czymś, z czym nie do końca mogę się oswoić to fakt, że gdy umrze moja postać (od walki, questu, alkoholu) nie oznacza to końca gry, a czasami wręcz wskazane jest dać się kropnąć, by fabuła w inny sposób ruszyła do przodu. Podobnie z zadaniami, praktycznie każde zadanie ma kilka sposobów na zrobienie ich łącznie ze scenariuszem na niepowodzenie, który czasami bywa lepszy od wypełnienie zadania. W rozbudowaniu gry jest jeden minus, który nie powinien nim być na dobrą sprawę. Opisy i dialogi czasami bywają przydługie. I to jedyne „ale” jakiego w grze się dopatrzyłem. Co prawda wiedziałem, że tak będzie patrząc na poprzedniego Tormenta, ale to potwierdza moje oczekiwania. To gra w której musisz myśleć, być spostrzegawczym i nie odpalaj jej jeśli mózg Ci nie pracuje. Dla mnie to taki minus w plusie, bo czytając opisy (nawet jeśli przydługie) doskonale człowiek wczuwa się w klimat i widzi różnicę między dzielnicami i krainami. Kompletnie inne zachowania są postaci z dzielnicy Skraju Klifu, a Bebechów.

Co do grafiki nie mam do czego się przyczepić. Jest taka jaka powinna być. Przy największym zoomie postaci są wyraźne, a jedynie czasami teren sprawia wrażenie lekko rozmazanego, ale kto gra w taką grę na jakimkolwiek przybliżeniu? Czary, umiejętności i inne takie w walce i poza nią są na prawdę na najwyższym poziomie. Świat jest ładny, wystarczająco kolorowy, by nie przyprawiać o mdłości, ale też nie jest przesadnie surowy jak czasami bywał w Skyrimie lub Icewind Dale. Muzyka i dźwięki w grze również są dobrze spasowane. Nie przeszkadzają, ale dają się odczuć i mają zdecydowany wpływ na klimat gry.

Jednak mimo mojego zachwytu gra ma drobniutkie mankamenty. Opisy i dialogi bywają przykrótkie i po jakimś czasie orientujemy się, które postaci mogą być ważne, a które niezbyt. Jeśli zdecydujemy się na pogawędkę z którymś z ludzi to łatwo wpaść w pułapkę nieczytania. Sam jedno zadanie odrzuciłem, bo niedokładnie przeczytałem co postać do nas mówi. Ta sprawa jednocześnie buduje klimat jak i go momentami psuje. Drugim małym minusem jest odrobinę długie wczytywanie lokacji. Wejście z dworu do budynku i na odwrót nie powinno być opatrywane ekranem ładowania. Co do innych spraw to nie wymieniam, bo byłoby to zwykłe czepialstwo.

 

Podsumowanie
Grafika
Fabuła
Dubbing

Rozgrywka
Loco poleca!
Ogólna ocena
4.8

Komentarz
Gra jest niesamowicie wciągająca, a dubbing w wykonaniu śmietanki polskich aktorów sprawia, że klimat można ciąć nożem. Polecam każdemu, kto stawia na niebanalną rozgrywkę. Możliwość ingerowania w historię jest tak duża, że zagranie jeden raz to zdecydowanie za mało.

A czy Ty już lubisz "2 sides of Loco"?

zamknij okno