...wchodzisz na blog na własne ryzyko... blog zawiera moje punkty widzenia...

Strona korzysta z plików cookies. Czytaj więcej Akceptuje

Zabił pędząc na kanapę

Lifestory

Godzina fajrantu wybiła. Nie ma czasu. Szybkim krokiem zmierzał w stronę szatni. Już od piętnastu minut nie odzywał się do nikogo. Czekał niczym hart, aż wystrzeli starter. Teraz już był w biegu. Drogę do szatni pokonywał szybciej niż inni, przeskakiwał po kilka schodków. Kluczyk miał już w ręku, gdy zbliżał się do szafki. Nie ma czasu na pomyłkę. Gładko wsuwa kluczyk i przekręca zamek. Robocze ubrania zdejmuje w tempie jakby się na nim paliły, a chwilę później niechlujnie wpycha je do reklamówki. „Stara wypierze” – pomyślał rzucając pakunek na ziemię. Wsuwa spodnie, koszulkę razem z bluzą. Nie ma czasu na wiązanie butów. Teraz trzeba zdążyć przed innymi. Rzuca na koniec suche „cześć” i prawie biegnąc idzie do bramy zakładu. Przepustka już przygotowana i z daleka ją pokazuje ochroniarzowi. Przechodzi nawet obok kołowrotka, bo to przecież zbędne spowolnienie. Ostatnie trzydzieści metrów i chwyta za klamkę swojego auta. Nie czeka, aż szyby odparują, nie nastraja radia. Nawet specjalnie rano zaparkował tyłem, by teraz wrzucić jedynkę i depnąć gaz. Rusza wśród ludzi podobnie jak on wcześniej biegnących do auta. Nagle przez na wpół zaparowane szyby dostrzega czerwony kształt zbliżający się w kierunku jego auta. Kobieta w czerwonym płaszczu zimowym nie zerknęła w lewo i przechodziła przez ulicę w kierunku swojego samochodu. W tym momencie Kluczyki do jej równie czerwonego co jej płaszcz auta zawirowały w powietrzu. Uderzenie było tak mocne, że kosmetyki z torebki rozleciały się po całej okolicy. Czerwony płaszcz z głuchym dźwiękiem opadł na ulicę, a kołnierz chwilę później zalał się szkarłatem krwi z głowy niepozornej blondynki. Jej głowa spoczywała rozbita na krawężniku. Jeszcze kilka sekund patrzyła na lezące dwa metry od niej kluczyki zanim jej serce przestało bić. Kierowca w tym czasie był już prawie pięćset metrów dalej, nadal spryskując pękniętą i zakrwawioną szybę płynem do spryskiwaczy. To nie premedytacja, to obojętność. Miał swój cel i do niego dążył. Pod domem niechlujnie zaparkował, a zamykając auto w pośpiechu szukał drobnych. Wyda je tuż pod domem. W końcu między parkingiem, a jego klatką jest spożywczak. Nie musiał nic mówić. Gdy się pojawiał w sklepie w piątek ekspedientka sięgała bez słowa po czteropak taniego piwa i fajki bez filtra. Kwotę miał odliczoną. Nie trzeba jednorazówki. Chwycił piwo i papierosy. W klatce przeskakiwał po kilka stopni, a drzwi od domu były już otwarte. Na stole w salonie czekał świeży obiad a obok niego kufel, popielniczka i ulubione chipsy paprykowe. Jeszcze tylko zmieni jeansy na dres. Kapcie ustawione pod stołem już czekały na jego spocone stopy. Charakterystyczny psyk piwa i pstryk zapalniczki oznaczały jedno – Pan jest w domu i ma weekend. Nie ruszać go, nie przeszkadzać, nie mówić i nie zasłaniać. Seagal, Ekstraklasa i przekąski. To trio było wystarczającym powodem, by zabić. W piątek nic nie zatrzyma go, by odpocząć. Nic nie zatrzyma go by nic nie robić.

 

Oczywiście ta śmierć nie miała miejsca, ale cała reszta z pewnością tak. Każdy z nas zna taką osobę, która nie potrafi nawet zerknąć na inną osobę, gdy wybije koniec pracy, gdy wybije weekend. Pędzimy do domu, by nic nie robić. Nie śpieszy się tam nam tak bardzo jak myślimy. Nawet jeśli jest powód. Dzieci? Małżonek? Kot? Pies? Wymyślamy powody, by tylko szybciej spieprzyć z pracy, a jeśli już wychodzimy równo z dzwonkiem to nie ma opcji, by coś po drodze nas zatrzymało. Zwykle nikogo pięć minut nie zbawiło, by pogadać po pracy, wracając z niej lub nawet podrzucić, czy też odprowadzić kogoś delikatnie nadkładając drogi. Twój kot, pies i mąż nie zginą z głodu jeśli wrócisz 10 minut później. To takie smutne, gdy śpieszymy się po to, żeby nic nie robić. Po to, żeby „odpoczywać”. Lubie nic nie robić, lubię oglądać tv, grać na kompie lub oddać się jakieś bezmózgiej rozrywce. Jednak nigdy nie było to tak cenne, żeby nie wyjść pięć minut później z pracy, wracać dłużej (np zrobić zakupy po drodze), czy nawet nie iść z pracy prosto do domu tylko zahaczyć o jakieś miejsce. Zastanawia mnie zawsze. Gdzie ci ludzie tak pędzą po pracy. O ile ich dzieciom nie kończy się tlen lub nie umierają z głodu to tylko sraczka tłumaczy ten stan rzeczy.

Trzymajcie węgiel w torbie do pracy lepiej, skoro tak wracacie bez powodu.

Miłego weekendu

A czy Ty już lubisz "2 sides of Loco"?

zamknij okno